czwartek, 24 maja 2018

Spróbowałam...

uszyć poduszkę-kredkę. 
Bardzo mi się podobały różne wzory, ale zdecydowałam się na prosty wzorek, bez zbędnych ozdobników. Uznałam, że moje umiejętności wystarczą na taką prostą formę.
Rozliczyłam materiały, wymiary i oto co mi wyszło:
Korpus poduszki- 55 cm x 50 cm
„Drewniana główka” kredki – półkole o średnicy 18 cm 1 cm od brzegu
Wkład ołówka – półkole o średnicy 6,5 cm 1cm od brzegu
Końcówka ołówka, spód – koło o średnicy 17 cm
Wkład – dół – 7 cm
Doliczony dodatek na szwy – 1 cm
Wypełnienie styropianowe

Naszyć ściegiem zygzakowym kółko wkładu do spodu kredki, mocując je na środku.
Do półkola 18 cm przymocować półkole wkładu (6,5 cm) ściegiem zygzakowym.
Półkole 18 cm (szczyt kredki) przyszyć do korpusu.
Złożyć całość na pół lewą stroną na wierzch i przeszyć brzeg, zostawiając 15 cm otwór na przewleczenie poduszki na prawą stronę.
Przyfastrygować lub przymocować szpilkami dno kredki do korpusu (prawymi stronami do siebie). Przeszyć po lewej stronie.
Przeciągnąć poduszkę na prawą stronę.
Wsypać wypełnienie, dokładnie ubić i zaszyć otwór ręcznie ściegiem krytym.

No i gotowa :-)

niedziela, 20 maja 2018

Obiecałam...

Ludwice opis, jak zrobiłam moje "czerwone poncho" ;-) Spróbuję wyjaśnić i mam nadzieję, że nie zaciemnię ;-)
Wełna (to była na pewno jakaś Sock) zakupiona albo u Marty w Zagrodzie albo u Agnieszki z 7 oczek. Zużyłam prawie 400 g, druty 3. Nabrałam taką ilość oczek metodą "Provisional cast-on" - co i jak pokazane u Intensywnie Kreatywnej, aby uzyskać dzianinę szerokości 64 cm.
Wykonałam prostokąt o długości 94 cm, złożyłam na pół wzdłuż krótszego boku, przerobiłam część którą miałam na drucie i wypruwając prowizoryczny łańcuszek połączyłam przerobiony przed chwilą brzeg prostokąta z jego początkiem, tworząc jedną całość - plecy poncha, o szerokości 128 cm. Robiłam dalej dżersejem, do uzyskania całkowitej długości 104 cm.

Całość na ludziu prezentuje się tak :-) Ludź uwielbia pompony, więc ukręcił dwa, co by się majtały to tu, to tam :-)


No i ludź oczywiście bardzo mocno lubi swoje poncho.

sobota, 19 maja 2018

Poncho...

a nawet dwa powstały już dosyć dawno temu. Najpierw zakupiłam sobie błękitne, cieniutkie poncho dwa lata temu w jakieś sieciówce w czasie toruńskiego, drutowego zlotu. Poncho tak bardzo mi się spodobało i dobrze nosiło, że stworzyłam własną wersję - oczywiście różową. Wełna ręcznie farbowana, dosyć cienka, więc nie wymagała wykańczania na brzegach - delikatny rulonik dobrze wygląda. Niestety, nie pamiętam gdzie kupiona wełenka :(
Po jakimś czasie koleżanka z pracy poprosiła mnie o zrobienie podobnego poncha. Tym razem sięgnęłam po grubszą wełnę Dropsa i powstała cieplutka wersja pasiasta.



Myślę, że jeszcze sięgnę po ten prościutki wzór. Zastanawiam się tylko, czy nie dodać jakiegoś warkocza, czy nie połączyć z innym ściegiem. Jak myślicie ? Jakie rozwiązanie by tu pasowało ?

czwartek, 17 maja 2018

Dzianina...

to moim zdaniem materiał wymagający już jakichś umiejętności szwalniczych, których ja zbyt wielu nie posiadam. Ale pora nadeszła, co by się z tematem zmierzyć - temat wielki, obawy takoż, ale pierwszy uszytek tyci. 
Zachwycił mnie ten bodziak, ze strony See Kate Sew (Kate, thanks for this wonderfull pattern):
Zakupiłam wzór tutaj, zrobiłam wykrój i uszyłam. Poszłam w nieco inną stylistykę kolorystyczną ;-) Miałam nieco problemów z estetyką podkroju szyi, ale w końcu się udało. Do kompletu uszyłam opaskę i radosny bodziak poszedł do cudnej Fasolki :-)
Wykrój na opaskę do pobrania na stronie Shelly (Shelly, thanks for pattern :-)



sobota, 12 maja 2018

Jak strzała ?

No nie - jak powolna strzałeczka mknie moja praca nad chustą - będzie mi potrzebna na jesień, więc się nie spieszę (tak sobie tłumaczę swe niezbyt szybkie tempo pracy ;-). Tak naprawdę, to wzór jest prosty, ale jakoś ta potrójna nitka wymaga ode mnie większej uwagi - zdarzyło mi się kilka razy ominąć jedno pasemko i teraz zwisa mi ono nieco luźniej. Dlatego powoli przyrasta, ale co dzień choć jeden rządek - takie mam założenie, żeby choć 10 minut znaleźć na druty. Obecnie mam około 80 cm i dopiero zbliżam się od 1/3 motka - zapowiada się wielkolud ;-)

A to co udało mi się dziergnąć, prezentuje się w porannym słońcu tak:




niedziela, 6 maja 2018

Odkryłam...

wczoraj tego Pana (Dominik Waszek)i jego filmy - o lęku właśnie, czyli coś, co u mnie na tapecie. 
Przerabiam obecnie z moją Terapeutką Ewą Khantouche, czy to co mnie zajmuje i nieco męczy to lęk, czy też może złość - i ta stara, z dawnych lat, zastana w ciele i nowa, którą generuje codzienne życie. Nie wiem co nam wyjdzie z tych rozważań i rozmów, ale filmy Dominika trafiają do mnie w swej konstrukcji i toku myślenia, a ciało się nie buntuje, więc chyba coś w tym jest.
Złość, to emocja, która ściśle wiąże się z lękiem i żalem, czasami podszywając się pod jedną lub drugą. U mnie może być to związane z tym, że okazywanie złości w moim domu  rodzinnym było niewskazane. Miałam być grzeczną, posłuszną dziewczynką, a złość u takiej jest zabroniona. Moje dorosłe okazywanie złości przeszło zatem w drobne lub większe złośliwość, szyderstwo, szpileczki, po czym potrafi zmienić się w zalewającą wściekłość i wtedy w wypominkach pamiętam rok 1940, a nawet starszy i wszystko co mi wtedy uczyniono ;-) Taki zalew to już bardzo mało empatyczne zachowanie i skutkuje potwornymi wyrzutami sumienia, gdy już ochłonę. Więc i tak źle, i tak niedobrze.
Chcę dotrzeć do sedna tej emocji, która mnie drąży, czym by nie była - lękiem (którym wydaje się na pierwszy rzut oka), czy też złością (która ukryła się pod płaszczykiem lęku, bo ten jest mi łatwiej okazywać). 
Chcę odbyć tę podróż i zmienić ją w oczyszczające działanie, które pozwoli mi żyć pełnią tu i teraz, a nie przemieszczać się w przeszłość, pełną żalu lub niespełnienia i grania narzuconej roli lub przyszłość, ostoję niepewności i lęku, przed tym, co może nadejść. Myślę, że filmy z rozważaniami Dominika pomogą mi wziąć odpowiedni kurs, a pomoc Ewy w sterowaniu moją "łodzią" wyprowadzą mnie na pełne morze teraźniejszości. Dam znać, jak mi idzie :-)

sobota, 5 maja 2018

Próbuję...

pomóc sobie w oswojeniu lęków. Przyszły niespodziewanie, jakoś w połowie lutego - w momencie, kiedy ogarniałam przyjazd grupy tureckich uczniów do naszej szkoły, kiedy szary dzień snuł się za oknem, a ja wypatrywałam słońca, kiedy przyroda spała, a świat wydawał się smutny. Najpierw napłynęły po cichu i nieśmiało, ale wiadomość o tym, że mam cukrzycę, otworzyła im drzwi do mojego serca i ciała. Wlazły z butami, rozsiadły się, jak u siebie i drążą mój mózg. Snują swoje wizje o możliwych, nadchodzących chorobach, które niechybnie dopadną moją rodzinę - wytykają paskudny pieprzyk na plecach Męża, wciąż bombardują wiadomościami o podwyższonym ciśnieniu i arytmii  jednego Bliźniaka i bardzo niskim drugiego (a raczej drugiej), wspominają mimochodem o możliwym zabiegu chirurgicznym Szymka. A moje serce drży, łzy cisną się do oczu, oblepiający strach każe siedzieć na kanapie i się nie ruszać. Gdzieś w międzyczasie podpowiadają mi, że moja cukrzyca NA PEWNO już wkrótce zakończy się koniecznością amputacji stopy z powodu nadchodzącej stopy cukrzycowej.
Najprostsza droga droga do psychiatryka, a w najlepszym przypadku do regularnego zażywania antydepresanatów.
Stwierdziłam, że mam dosyć. Że męczy mnie już brak radości z czegokolwiek, co do tej pory niosło radosne podniecenie, jasne spojrzenie w przyszłość. I zaczęłam szukać alternatywy dla ciągłego nurzania się w strachu, że coś złego spotka moich bliskich, a ja dokonam swego żywota po długiej chorobie i będę dalej cierpieć katusze, tym razem pośmiertne.
Na fali poszukiwań spokoju i ukojenia sięgnęłam po książkę, która już jakiś czas czekała na odkrycie. Dagmara Skalska, autorka książki "Pokochaj swoje serce", osoba, która przeżyła osobistą tragedię, powoli przeprowadza czytelnika przez kolejne etapy podróży do własnego serca. Pomaga je odnaleźć, zaufać jego podszeptom, odrzucając to, czego chce od nas nasze ego i wszechwiedzący rozum. Nie jest łatwo tak od razu zawierzyć i zaufać, ale czuję, że to dobra droga. I cieszę się, że mam ją przed sobą, choć chyba już na nią wstąpiłam, bo kamień z żołądka jakby nieco zrobił się lżejszy i dziś, w końcu, głośno się zaśmiałam :-)
Pani Dagmaro - dziękuję :-)

niedziela, 29 kwietnia 2018

W różach i fioletach...

dla młodych Dam. Plecako-worki, bo o nich mowa, szybko i łatwo się szyją. Podszewka i kieszonka w środku i można ruszać na wycieczkę. Za ozdobę robią małe, kwietne broszki w różnych odcieniach różu. Z braku Modelek wykorzystałam Modeli, których miałam pod ręką. Nie buntowali się ;-) 








 


czwartek, 26 kwietnia 2018

Ciekawe szycie...

to miejsce, z którym się zaprzyjaźniłam w styczniu.
Ku zdziwieniu wielu osób, które od lat słyszały ode mnie, że do maszyny to ja na pewno nie usiądę, (NIGDY !!!), w końcu dorosłam do podjęcia rzuconej rękawicy. Otóż zamarzyłam szyć.
Mikołaj podsłuchał i przyniósł mi pod choinkę talon na kurs w "Ciekawym szyciu". I w ten sposób zaczęła się moja przygoda z igłą i nitką (i całą resztą artefaktów) ;-)
Moje umiejętności są bardzo początkujące, ale uczę się, próbuję, szkolę. I tak tydzień temu spędziłam piątkową noc i sobotnie przedpołudnie na kolejnych kursach, znów w "Ciekawym szyciu", które właśnie inaugurowało działalność drugiego już domu.
Pierwszy wieczór to było tworzenie czegoś bardzo kobiecego, co miało sprzyjać wypoczynkowi. Atmosfera była bardzo klimatyczna i to właśnie w niej powstała moja własna maseczka na dobry sen :-)



Następnego dnia poszłyśmy w turystykę i końcowym efektem naszych starań stał się plecako-worek. Idealny dla Młodego na szkolne wyprawy - Właściciel zachwycony, Twórczyni również ;-)

Plecakowa przygoda trwa, ale o niej wkrótce ;-)

wtorek, 24 kwietnia 2018

A w szufladach...

czekają kolejne robótki. Zaczęte już jakiś czas temu, urozmaicają czas, co by monotonia się nie wkradła.
Najdłużej dzieje się poncho wg wzoru Iwony Eriksson "Flamensilk". Robię je z podwójnej lnianej nitki, w pięknym fiolecie. Nieco mnie przystopowały rzędy skrócone, ale kursy na zeszłorocznym Drutozlocie rozjaśniły w mej głowie to zagadnienie i robota ruszyła do przodu. Jest szansa, że tegoroczne, letnie wiatry będę obłaskawiać, otulona w to fiolet-cudo ;-)

Kolejne wyzwanie to chusta z prostego wzoru, znalezionego u Liloppi. Tam też zakupione wełenki - Luna i moher. Szarości i róż, to to, co lubię baaaaardzo ;-)

 No i oczywiście nie mogłam sobie darować i uodpornić się na wszechobecnego Virusa, więc szydełko też ma co robić, gdy znudzą mi się druty ;-) Wzór znaleziony dzięki Szkole Szydełkowania.
Wełna, to Swing z Liloppi, ciekawie przechodzące odcienie od różu po ciemny fiolet. 

A gdzieś tam jeszcze w cieniu stoi kołowrotek i czasami do głosu dochodzi maszyna do szycia, ale o tym nie dziś, bo kilka niespodzianek musi dotrzeć do nowych właścicieli ;-)