Obiecywałam jakiś czas temu sprawozdanie z wyjazdu do Pragi. Wyjazd miał miejsce 3 tygodnie temu i było oczywiście cudnie.
Mieszkaliśmy nad samą Wełtawą, a z okna mieliśmy piękny widok na rzekę i na statki po niej przepływające. W oddali widać było Wyszehrad i Petrin, a do Mostu Karola i Starówki mieliśmy 10 minut piechotą.
Szymon sprawował się świetnie, a był to jego pierwszy wyjazd za granicę. W dodatku trochę na czarno – zakręceni rodzice jakoś nie pomyśleli o dowodzie tymczasowym ani paszporcie dla dziecka. Na wszelki wypadek, co by nas nie zamknęli, a dziecka nie zatrzymali w domu dziecka do wyjaśnienia sprawy, wzięliśmy ze sobą akt urodzenia Szymka. Na szczęście nikt się nami nie interesował, więc braku dokumentu nikt nie zarejestrował, a niefrasobliwość rodziców nie wyszła na jaw.
Dodatkowego smaczku naszemu pobytowi w Pradze dodała pewna rozmowa telefoniczna – moja z
Jolinką (raptem dzień przed naszym wyjazdem). Miła koleżanka uświadomiła mi, że przecież Czechy są zagłębiem koralikowym, a Jablonex, Preciosa i inne firmy produkujące rzeczone dobra mają się świetnie, więc zapewne odwiedzę sklepy z wyżej wymienionym asortymentem. Jolinka wiedziała, że ostatnimi czasy zapragnęłam poznać tajniki beadingu. No i tu mnie miała.
Okazało się, że najbliższy sklep z koralikami mamy rzut beretem, więc od razu, następnego dnia po przyjeździe ruszyliśmy tam spacerkiem (raptem 10 minut). Obkupiłam się trochę, choć, w związku ze zbliżającym się przedłużonym weekendem i kilkoma dniami wolnego, w sklepie były spore braki.
Mietek jednak nie narzekał, trochę poszalał, a jako, że w Pradze mieszka nasz kolega, więc wkrótce mam nadzieję zwiększyć swój stan posiadania ;-)
Niedaleko od koralikowego raju zaatakowała mnie księgarnia – w kwestii książek rękodzielniczych wypas pełen i niech się nasze wydawnictwa wstydzą. Nie wiedziałam, co chwytać, tyle pozycji mi wpadło w oko. Nie bacząc na możliwe perturbacje językowe (w końcu moja Siostra nie na darmo uczy się od kilku lat czeskiego ;-), zakupiłam kilka ciekawych pozycji – podstawy beadingu (2 szt.), filcowanie i książkę traktującą na temat podstaw koronki klockowej, napisana przez moją znajomą, więc nie mogłam jej nie mieć ;-)
I tu odetchnęłam z ulgą – Mietek się zasycił i nadeszła pora na 3-dniowe podziwianie architektury, zabytków, widoków rożnorakich na miasto, które uwielbiam. Mąż, jako mniejszy wielbiciel zwiedzania, dzielnie, wraz z Szymkiem, podążał za mną, wydobywając z siebie umiarkowane odgłosy zachwytu. A było się czym zachwycać – sami popatrzcie...
Na jednej z wystaw zachwycił mnie cały zastęp żelazek z duszą, a już najbardziej te dwa, ubrane w szydełkowe sweterki z pomponikami :-)
No i na koniec moja ukochana budowla praska - Katedra. Zachwycająca majestatem, godnością, perła wśród przedstawicieli gotyckiej architektury.
Co by mi się droga do i z Pragi nie nudziła, zapewniłam sobie zajęcie dla rąk w postaci frywolitki. A oto efekty mych działań:
Po powrocie do domu znalazłam jeszcze czas na wypróbowanie kolorowych lnów, które dostarczyła mi przyjazna duszyczka robótkowa – Ola. Lny piękne, ładnie komponują się z drewnianymi koralami – skrzętnie je wykorzystałam, bo to już ostatni moment na wyrób letniej biżuterii – już niedługo trzeba będzie sięgnąć po filc ;-) Korale czekają na nowe właścicielki, a prezentują się tak:
A już niedługo zaprezentuję Wam moje pierwsze, nieporadne próby z dziedziny beadingu – tylko proszę się nie śmiać, bo dopiero się uczę. Atmosfera i okoliczności Suwalskiej przyrody sprzyjają nauce, więc mam nadzieję, że będzie tylko lepiej :-)