sobota, 4 sierpnia 2018

Przygotowania ....

w toku. Ogólny rozgardiasz w domu - wszędzie poustawiane kartony, skrzynki, opakowania. Ubrania w niedużych kupkach ułożone to tu, to tam.
Wyjeżdżamy na wakacje... Nareszcie... I do tego na zupełnie nowy, nieznany nam sposób, znaczy się KAMPEROWO !!!
 Szymon zrobił już podział łóżek w naszym wypożyczonym domu na kółkach ;-)
I bardzo jest przejęty nadchodzącą przygodą ;-)
Nigdy nie sądziłam, że uda mi się Małża namówić, a tu proszę - zaskoczenie. Udało się i to bez wielkich problemów. Chyba dorósł do alternatywnych form odpoczynku, tudzież zrobił się nieco bardziej uległy ;-)
Ruszamy na północ, do kraju przyjaznego kamperom ze względu na dużą ilość kempingów i prawo, przychylne temu sposobowi podróżowania.
Najpierw będzie Billund z Legolandem, a po dwóch dniach witajcie promy, fiordy, lodowce i Trolle :-)
Znalezione obrazy dla zapytania fiordy norwegia
Zdjęcie Konrad Konieczny, blog www.norwegofil.pl

Obiecuję relację - nie wiem, czy na bieżąco, bo nie znam możliwości netowych norweskich kempingów, ale chciałabym, bo nie lubię zaległości.

środa, 25 lipca 2018

Historia jednego Kota i ....

torby sprytnej i inteligentnej ;-)....
Odkąd szyję, to odkrywam uroki tworzenia "szyciowych" prezentów dla przyjaciół i znajomych. Dziś ma urodziny moja Przyjaciółka Ewa i właśnie dla Niej powstała Kotka Bernie - towarzyszka podróży rowerowych (specjalnie wyposażona w mocowadełko do kierownicy) oraz torba składana do kieszonki.
Wzór na Kota tutaj
Wzór na torbę tutaj Składa się się szybko i bezproblemowo i nawet mam już zamówienie na kolejną ;-)
Do torby i Kotki Bernie dołączył jeszcze tęczowy Kameleon Leon od Kopalni Ciepła
I tak sobie właśnie pomyślałam, że i ręczne i maszynowe szycie staje mi się powoli coraz bardziej przyjazne i coraz chętniej sięgam po igłę z nitką. No nie wiem, nie wiem ;-)

wtorek, 24 lipca 2018

Bujam się ...

Kocham się zanurzyć w moim tkanym azylu. Zawsze lubiłam się bujać - czy to na huśtawce, czy w hamaku. I od zawsze marzyłam o takim własnym bujanym skrawku świata. Marzyłam o nim i w końcu zrealizowałam swoje marzenie w tamtym roku. I od tamtej pory nagradzam się - siadam sobie rano w cieple słońca albo pod chmurami i mam chwilę dla siebie - popijam kawę, chłonę otaczającą mnie zieleń, wsłuchuję się w odgłosy poranka. Takie "prenatalne", powolne ruchy powodują, że czuję się zaopiekowana, jestem bezpieczna i szczęśliwa - na progu nadchodzącego dnia. 
Cieszę się, że mam ten swój kącik i kilka minut dla siebie. To taki Mój czas. Na reset, na puszczenie emocji, na przygotowanie się do nowego dnia. A Wy ? Czy macie taki swój czas ? Jak go spędzacie ? Gdzie jest to Wasze WASZE miejsce ?

poniedziałek, 23 lipca 2018

Wstaje nowy dzień...

Mąż obudził się chwilkę po mnie. Zjedliśmy razem śniadanie. A od niedawna Szymon przemyka między swoim pokojem, a łazienką. Codzienne poranne hałasy, normalność, a ja mam w głowię Ją. Od dwóch dni jestem często przy niej, a może to Ona jest przy mnie. Paulina.
Życie postawiło Ją na mojej drodze (dziękuję Ewa :-*) w momencie dla Niej wyjątkowo trudnym, wyjątkowo tragicznym. Chociaż od dawna była doświadczana, od dawna los nie szczędził Jej tragicznych przeżyć. Ale to, co przeżyła w ostatnich dniach jest szczególnie smutne. Życie, los, Siła Wyższa zadecydowały, że istota, którą miała wychować, z którą miała żyć, która miała zapełnić pustkę w Jej życiu, odeszła. W 7 miesiącu ciąży serduszko Kai przestało bić. I, aby nie popaść w patetyczność i nie zagadać tematu niepotrzebnymi słowami wrzucam bardzo emocjonalny, ale jakże prawdziwy, wpis Pauliny z Jej fb.

"17 07 2018, dwie siódemki, ktoś by rzekł, że szczęśliwa data. Promienieję, ciąża mi służy, uśmiech codziennie na twarzy jest, więc na pewno wszystko jest w porządku. Jednak nie wszystko okazuje się takie piękne. Kiedy żyłam w przekonaniu, że moje życie nabrało sens. Kiedy wiedziałam, że w końcu będę miała kogo uczyć, komu przekazywać wiedzę, pokazywać świat i pleść warkocze. Kiedy wyobrażałam sobie codzienny uśmiech tej małej istotki, czuć ciepło bliskości kiedy będzie na mnie spała. Przychodzi taki dzień jak dziś kiedy życie Ci mówi żartowałem!
Przyjeżdżam zaniepokojona ale z wielką nadzieją, że maleństwo tylko śpi.
Serduszko przestało bić, powiedział do mnie lekarz. Nie łapie już za pępowinkę, nie ssie kciuka. Zgasło. Życie mojego maleństwa w siódmym miesiącu zgasło. Tak po prostu serduszko przestało bić. 
Więc ja się pytam życia CO JESZCZE!? Co jeszcze mi da i zabierze? Został mi tylko pies i zdrowie, ja o tym dobrze wiem!
Krzyczę do Boga, że ta próba mnie nie złamie i wytrzymam, i przeżyję, i będę silniejsza mocniej jeszcze! Ile mam tych tragedii przeżyć, żeby szczęśliwie żyć? Ile bólu i łez mam znieść i w milczeniu powtarzać sobie, że będzie dobrze, że Bóg mnie kocha! Oszukiwać się, że nie jestem sama kiedy kurwa właśnie sama jestem!!! Gdyby nie fotograf to nikogo przy mnie by nie było, w tak tragicznym dla mnie momencie! Czy mam zrezygnować z ludzkiej miłości? Tylko dawać i nic nie brać? Tylko patrzeć i zazdrościć? Jaki jest cel w wyzwaniach przede mną postawionych? Co ma mi dać urodzenie w bólach martwego dziecka, które nigdy nie zapłacze i nie uśmiechnie się do mnie!?!! Jaką jeszcze lekcję straty mam dostać i po co? Po co mi ta siła i jeszcze większa świadomość, że nie pisana mi rodzina!? Nie wiem...
Nie wiem czym sobie zasłużyłam, czy kogoś kiedyś zabiłam, że doświadczam w tym życiu same straty. Tak bolesne straty…. Dlaczego całe moje życie to jedno wielkie udowadnianie, że dam sobie radę, że jestem tak silna psychicznie i fizycznie, że zniosę wszystko i muszę to przetrwać samotnie? Dlaczego ciągle jestem wystawiana na próby, których większość by nie przeżyła? Pytań się rodzi coraz więcej i uzyskuję tylko brak odpowiedzi. I kiedy mówię ludziom, że miłość nie jest mi pisana czy od rodziców, mężczyzny, matki czy siostry. Nie wierzą, wypierają to z czym się pogodziłam już dawno ja. Ciągłe ich przekonania, że wcale tak nie jest już nawet mnie nie denerwują. Mam tą świadomość, że miłości nie mam, że nikt mnie nie kocha, bo nikt mnie nie kocha. Nikt o mnie nie dba, bo nikt o mnie nie dba i nawet jak proszę, żeby ktoś przy mnie był to nikogo nie ma! Więc pytam w co mam wierzyć? Łudzić się, że będzie lepiej i liczyć i czekać? Na co? Na to, że znów się pojawi iskierka nadziei na bliskość, na miłość, na uśmiech, na CHWILĘ!!? Ja nie chcę na chwilę tylko na całą resztę!
Wczoraj o 20:15 po kilku godzinach męczarni rodzenia w najgorszych bólach położono mi na brzuchu martwą córeczkę. Nie było w niej iskierki życia. Mimo rozpaczy jaką przeżyłam wyobrażając sobie ten moment, nie płakałam kiedy na mnie leżała. Dotykałam jej rączkę i nóżkę. Miała jeszcze sine paznokcie, trochę przezroczystą skórę i leżała spokojnie. Miałam świadomość, że na więcej liczyć nie mogę, że więcej od losu nie dostanę niż martwy widok pierwszego małego dziecka. Mojego dziecka. 
Normalnego człowieka ta sytuacja by doszczętnie zniszczyła, chociaż na moment albo za moment. Po raz kolejny ludzie patrzą na mnie z niedowierzaniem jak silną mam psychikę. Dzisiaj znowu usłyszałam od lekarki, że mnie podziwia, bo nie widziała jeszcze takiej pacjentki przy takim porodzie. Jak zmagam się z bólem i cierpieniem mając świadomość pustki i żalu, a ja po chwili rozmawiam spokojnie. Zastanawiam się co ja z tego mam, że ludzie są w szoku mojej siły? Mam być z siebie dumna!? Mam podziwiać skutki dramatycznych zdarzeń z całego mojego życia? Skoro już nie płaczę to co mam się śmiać czy chodzić smutna? Ja żyję dalej, normalnie, jakby nic się nie stało mimo, że się stało, bo nie mogę sobie pozwolić na rozpacz. Gdybym pozwoliła to bym nie przeżyła a żyć będę! Płaczę po kątach kiedy nikt nie widzi, bo przecież nie mam przy kim. Przecież jak proszę jak pytam, to słyszę tylko nie mam czasu. Jestem obyta ze stratą o ile w ogóle można się do tego przyzwyczaić nie chcecie to nie wierzcie. Zbieram siłę z bólu jak jakąś pierdoloną kolekcję i mało tego, mam jeszcze być odważna i liczyć na szczęście…to jest dopiero śmieszne.
Nie wiem już w jaką przyszłość mam wierzyć. Moje marzenia to dom i rodzina, nic więcej! Ktoś by powiedział jakie to proste… jak widać nie jest i niejednokrotnie życie mi to udowodniło niestety, zrozumcie to wreszcie. 
Więc proszę Was ludzie co macie doceńcie! Jeżeli kochacie, mówcie sobie o tym codziennie. Jeżeli macie kogo kochać lub jest ktoś kto kocha Was, to się przytulajcie! Doceniajcie każdy dzień, w którym idziecie na przód z możliwością trzymania się za ręce. Nie zazdrośćcie, nie stwarzajcie sobie problemów, szkoda czasu na złości! Nie róbcie sobie krzywdy, ufajcie, szanujcie i w siebie wierzcie. 
Ja z Dolarem$ dopóki żyje będę z boku cieszyć się Waszym szczęściem.
Są historie życiowe różne i gorsze ale to wcale nie jest pocieszające. 
Kochajcie się jeśli możecie i drugiego człowieka jak macie doceńcie!
Dziękuję Olu, że byłaś, że się odważyłaś i dzięki Tobie będę miała nie tylko wspomnienie.
Dziękuję wszystkim lekarzom, położnym i wszystkim, którzy przeżywali ze mną to nieszczęście. Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy w lepszych okolicznościach. 
Dziękuję i pozdrawiam Serdecznie!
Z powagi sytuacji proszę o brak komentarzy, bo one mi w niczym nie pomogą. Generalnie facebook nie jest odpowiednią formą do łączenia się w takich sytuacjach jak i pisanie na messengerze. Ja się przed ludźmi nie zamykam dobrze o tym wiecie. Chcecie coś zrobić zawsze możecie mnie odwiedzić lub wyciągnąć z domu. Ja jeszcze nie wiem co będzie dla mnie najlepsze.
Pozdrawiam
Paulina"
(zdjęcie autorstwa Pauliny)


I tak mi się nasuwa myśl - często, w wielu sytuacjach, czytam dobrze znaną już sentencję księdza Twardowskiego. Tę o pośpiechu z kochaniem ludzi. Znacie ją wszyscy. Niby wytarta, niby taka oczywista, a jednak na co dzień nie doceniamy tego, co mamy. Może powinnam mówić we własnym imieniu. Często chciałabym zmieniać ludzi wokół mnie. Często coś mi się nie podoba, narzekam. A tak naprawdę powinnam się cieszyć, że to jednak więcej niż jedna para kapci stoi w przedpokoju, że mam z kim zjeść śniadanie, że mam się z kim pokłócić, że mam się z kim godzić. A przede wszystkim, że mogę dzielić się tym, co mnie otacza, z bliskimi mi osobami.
Paulino - głęboko zapadłaś mi w serce. Robienie czapeczki dla Kai było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Robiłam  i płakałam, nawet nie próbując sobie wyobrazić co teraz czujesz. Ale mam nadzieję, że ta krótka obecność tej Kruszyny w Twoim życiu da Ci siłę na dalsze życie i wierzę głęboko w to, że będziesz szczęśliwa. Że Twoje życie wypełni się kochającymi Cię ludźmi. Wierze w to i tego Ci życzę z całego serca. 
A my, wszyscy, pozostali spieszmy się kochać ludzi. Nie tylko dlatego, że tak szybko odchodzą, ale dlatego, że są. Że są w naszym życiu ważni...

niedziela, 22 lipca 2018

Prowansja 3 i nie tylko...

Opisując nasz wyjazd do Prowansji, nadmieniłam, że wybrałam się tam z trzema Koleżankami. I to było clou tego wyjazdu. Bo oczywiście - miejsce, oczywiście - widoki, oczywiście - lawenda, oczywiście - jedzenie i te wszystkie inne rzeczy, które tylko i wyłącznie w Prowansji. Ale... No właśnie - jest "ale"...
Ale ... wartością dodaną było to, że byłyśmy w kobiecym kręgu. Nie to, żebym miała coś przeciw koedukacji, czy też przeciw Panom, jako takim - broń Boże ! Panów kocham miłością wielką i nie wyobrażam sobie życia bez nich (dlatego nie zostałam zakonnicą).
Jednocześnie uważam, że nasza rodzinna, koedukacyjna codzienność powinna być równoważona przez czas spędzany z własną płcią. Wielokrotnie doświadczyłam zbawiennego wpływu innych Kobiet na mnie - ich mądrości życiowej, wsparcia, energii kobiecej. Myślę, że dziś, bardzo często, jest to aspekt niedoceniany. Stałyśmy się dla siebie konkurentkami, porównujemy się, zazdrościmy sobie. Spychamy starsze, doświadczone kobiety na margines życia - nie czerpiemy z ich życia nauki i energii dla siebie. A szkoda, bo mamy sobie naprawdę wiele do zaoferowania.

Zobaczcie, moje drogie Panie, jak często spotykamy na swojej drodze Kobietę odmienną, z inną historią, doświadczeniami, sytuacją życiową, a jednak możemy coś mieć dla siebie z tej znajomości i dać coś tej drugiej Kobiecie - jednoczymy się w myśleniu, doświadczaniu. Łączy nas niewidzialna nić porozumienia, taka intuicyjna, instynktowna.
Myślę, że dzisiejszy świat, ze wszystkimi udogodnieniami spycha na margines nasze  kobiece poczucie jedności, potrzebę pobycia razem. Dlatego z wielką ciekawością odkrywam wszelkie aspekty trwania w takich zażyłościach, kontaktach. Doświadczam w byciu w kobiecym gronie ogromny potencjał - kreatywności, jedności, siły, mądrości życiowej i miłości - do ludzi i świata. Wspólne wyjazdy pokazują, jak wiele potrafimy wspólnie zdziałać, stworzyć, znaleźć rozwiązań. Razem się bawić, śmiać, płakać, po prostu żyć.
Dlatego pozwolę sobie na odrobinę dydaktyzmu. Drogie Kobiety - spotykajcie się, czerpcie z energii kręgów żeńskich, uczcie się, dzielcie doświadczeniami. To wielkie bogactwo - nie zatraćmy go :-)

sobota, 21 lipca 2018

Prowansja 2...

w nawiązaniu do poprzedniego wpisu, w tym chciałabym podzielić się z Wami moim wrażeniami z wyjazdu sprzed roku.
Dla przypomnienia - wyjazd 4 kobiet na tydzień w jedno z najurokliwszych miejsc w Europie (przynajmniej moim zdaniem) miał miejsce na przełomie czerwca i lipca w zeszłym roku. Mieszkałyśmy blisko Avignon, w starym, kamiennym domu w Chateauneuf-de-Gadagne, który wynajęłyśmy za pośrednictwem Wimdu.
Ten region Francji, to ogromna różnorodność - widoków, dźwięków, zapachów, smaków.  To malutkie miasteczka z kamiennymi domami, to piękna przyroda, różnorodne krajobrazy. Tak mi się zapisał we wspomnieniach. A dziś, na hasło: "Prowansja" w mej głowie pojawiają się obrazy:

1. lawendowe pola - cudne, pachnące, a przy nich małe sklepiki, mnogość upominków lawendopochodnych, sielska, niespieszna atmosfera, dźwięk cykad. 
Gdy myślę "lawenda", to widzę opactwo Abbaye de Senanque - leżące pomiędzy wzgórzami, otoczone zielonymi, lekko omszałymi krzewinkami, obsypanymi fioletowym kwieciem. Można je zwiedzać tylko do godziny 11.00, bo to wciąż zamieszkały klasztor. 
Gdy myślę "lawenda", to widzę również wzgórza, z których rozciąga się piękny widok i wstążkę drogi, prowadzącej do Sault - miasteczka, wokół którego rozpościerają się, wydające się nie mieć końca, pola fioletowego, liliowego i wrzosowego kwiecia.
Gdy myślę "lawenda", to widzę wnętrze lokalnych sklepików - wyposażone w tradycyjne, drewniane, umeblowanie - półki, taczki, szafki, witryny, w których można wybierać pomiędzy mydłami, kosmetykami, miodem, kadzidełkami, saszetkami i mnóstwem innych drobiazgów, których charakterystyczny zapach przez cały rok przypomina o tym czarownym miejscu.
 
2. wzgórza ochrowe w okolicach Rousillion - ochra w tym regionie ma 17 odcieni, poczynając od żółtego, przez miodowy, pomarańczowy, rudy, ceglany, aż po ciemny brąz. Spacer pomiędzy ostańcami w tak wielu odcieniach to niesamowita uczta dla oczu - błękit nieba wydaje się w tej scenerii jeszcze bardziej intensywny. Spacer po miasteczku, którego domostwa są również kolorystycznie utrzymane w tonacji ochry, potęguje jeszcze to wrażenie.
3. cudne widoki ze szczytu Mont Ventoux - Góry Wiatrów, która jest jednym z celów morderczego Tour de France, a na jej zboczach można spotkać wielu rowerzystów. Nazwa świetnie świadczy o atmosferze, panującej na szczycie - wiatr, nisko zawieszone chmury, mgła, temperatura dużo niższa, niż na dole - miejsce, do którego warto dotrzeć.

4. kamienne domostwa prowansalskich pasterzy w Village des Bories - wyjątkowy skansen, w którym można naocznie się przekonać, jak proste życie wiedli ci ludzie, żyjący blisko natury, zajmujący się wypasaniem zwierząt czy uprawą lawendy. Zbudowane z płaskich kamieni, bez użycia jakiejkolwiek zaprawy, przypominają nieco wielkie ule. 
5. L'isle-Sur-La-Sorgue - miasteczko, którego rytm życia wyznacza rzeka Sorgue. To ona napędzała liczne koła młyńskie, znajdujące się przy domostwach. Dziś te wielkie machiny porośnięte są wodorostami i tworzą niesamowity krajobraz, decydując o wyjątkowości tego miasteczka. Na jego charakter składa się również klimatyczny targ staroci, na którym można się ubrać, udekorować i wyposażyć mieszkanie, spróbować tutejszych specjałów, posmakować Prowansji, posłuchać śpiewnego francuskiego, poczuć tętno tej wyjątkowej krainy.
6. Saintes-Maries-De-La-Mer - kolejne wyjątkowe miasteczko Prowansji. Leżące nad samym morzem, otoczone bagnistymi rozlewiskami, kusi szeroką plażą, senną, leniwą, wakacyjną atmosferą, a przyjaźni mieszkańcy chętnie wytłumaczą zasady gry w boule i pożyczą na chwilę swoje kule, aby spróbować dotoczyć nimi jak najbliżej cochonnet (prosiaczka) na miejscowym bulodromie.
7. Carrieres de Lumieres - muzeum-galeria w dawnej kopalni boksytu w Les Baux-de-Provence. W jej wnętrzu, na ścianach o wysokości 30 m toczy się niesamowity pokaz. My akurat trafiłyśmy na wystawę twórczości Boscha, Brueghel'a i Arcimboldo. Obrazy, wyświetlane przez licznie rozmieszczone projektory, wciągają widza w interakcję - czuć zmagania artysty w procesie twórczym, namacalne są emocje, a możliwość przyjrzenia się obrazom z bliska, w powiększeniu, z towarzyszeniem dopasowanej muzyki, pozwala pełniej docenić kunszt, dostrzec szczegóły, które gubią się w całościowym kontemplowaniu dzieła. To wyjątkowa okazja na nietuzinkowe obcowanie ze sztuką. I to właśnie ta wystawa i chęć jej zobaczenia na własne oczy stała się kluczowym bodźcem do zorganizowania naszej wyprawy.
8. Amfiteatr w Orange - jeden z dowodów wielkości Imperium rzymskiego. Najlepiej zachowany teatr rzymski na świecie, którego powstanie datuje się na czasy cesarza Oktawiana Augusta (I w. p.n.e), o czym przypomina ponad 3 m posąg tegoż, stojący w ścianie czołowej, nad sceną. Widownia była w stanie pomieścić 11 tysięcy widzów i po dziś dzień zasiadają na niej widzowie-uczestnicy licznie odbywających się tu widowisk.
9. Akwedukt Pont du Gard - kolejne świadectwo potęgi Cesarstwa Rzymskiego, powstały w I w. p.n.e. Zbudowany z bloków kamiennych, bez użycia zaprawy, stanowi dowód wysokiego poziomu umiejętności starożytnych budowniczych. Leniwie przepływająca pod nim rzeka Gardon jest świetnym miejscem dla organizowania spływów kajakowych, korzystania z kąpieli i letniego odpoczynku.
10. Pałac papieski w Avignon - ogromna rezydencja, mury niczym rodem z planu filmowego Władcy Pierścieni, największa gotycka budowla Europy - przytłacza swą wielkością i rozmachem. Warto się przespacerować po salach i dziedzińcach, udostępnionych do zwiedzania i koniecznie zatańczyć na pobliskim moście, koniecznie do piosenki Ewy Demarczyk "Na moście w Avignon"
 11. liczne targi - feria barw, zapachów i smaków - od owoców, przez warzywa, trufle, przyprawy, po sery i mięso, do tego cudna ceramika, wyroby z drewna, odzież z lnu, kosmetyki z dodatkiem lawendy. Ilość ziół do powąchania, sosów, octów, serów do skosztowania jest obłędna, a zmysły nie nadążają - dopiero wieczorami można sobie wszystko jako tako poukładać w głowie. A w ciągu dnia trzeba chłonąć, chłonąć, chłonąć. Zapisywać w porach skóry zapachy, w pamięci słuchowej zapisywać melodię rozmów, dźwięk cykad, pod powiekami zachować jak najwięcej barw, uśmiechniętych twarzy, barw i odcieni tej niesamowitej krainy.
12. Wyspa If - ten widok na trwałe zapisał mi się w pamięci, niestety tylko z wybrzeża portu w Marsylii. Miejsce, które jest mi bliskie od 29 lat - od dnia, w którym sięgnęłam po pierwszy tom mojej pierwszej, zakupionej za pierwszą pensję, książki, autorstwa Aleksandra Dumas'a : "Hrabia Monte Christo". Wtedy, z wypiekami na twarzy śledziłam losy Edmunda Dantes - razem z Nim kochałam, cierpiałam, nienawidziłam. Razem z Nim kopałam tunel w więzieniu w zamku If i razem z Nim stawałam się Hrabią. A teraz mam pod powiekami obraz tej malutkiej wysepki z twierdzą-zamkiem, w której miał być więziony Edmund. Można do niej dopłynąć promem, ale ta atrakcja jeszcze przede mną. I kiedyś ją zobaczę.
Spytacie, czy warto jechać do Prowansji ? Ja uważam, że warto. To piękne miejsce, pełne ciepła, pozytywnej energii, radosnych ludzi. To miejsce, w którym wszystkie zmysły są delikatnie pobudzane. To miejsce, w którym czuć, że życie jest piękne - takie jakie jest :-)