bo wraca człowiek po całym dniu na świeżym, acz gorącym powietrzu (kiermasz w skansenie) i sobie obiecuje - wrócę to odpocznę, posiedzę, pobawię się z Szymim, pogadam z rodziną, może poczytam wieczorem.
Wraca i się zaczyna, bo jednak w dupkę szpili, a i przez słuchawkę telefonu inni nakręcają (dziękuję Ato ;-).
No i w ten cudny, upalny wieczór upiekłam ciasto (bo Małż za kwaśne porzeczki kupił, szkoda, żeby się zmarnowały)
zamiesiłam chleb, bo poprzedni pożarty
nacięłam lawendy, co to ją obiecałam
Frasi (suszy się już Asiu i w sierpniu do Ciebie dojedzie)
w czasie eksploracji krzaków z lawendą rzuciłam okiem na wiśnię sąsiadów, co to cudnie zwiesza gałęzie nad naszą posesją, a będąc po rozmowie z Atą i wysłuchaniu o Jej wczorajszych wyczynach słoikowych, nie mogłam być gorsza - no to napadłam na wisienkę ;-)
Na tym etapie nawet Szymi przyglądał mi się z lekką ironią i rozbawieniem.
I co by się już kompletnie dorżnąć, wlazłam, jak ciele jakieś, na blog Tobatki i się zachwyciłam, oniemiałam i poczułam mrowienie w łapkach. Mrowienie skończyło około 1 w nocy, a efekt taki oto:
Użyłam koralików Toho8 w kolorze Silver Lined Teal i Toho11, kolor Opaque Frosted White. Skorzystałam ze szkółki na
Craftladies i się zakochałam - ośmiorniczka cudna.
I tak dziś, jak przecierałam ze zmęczenia niedospane oczki, zastanawiałam się, czy to tak słonko na mnie wczoraj podziałało, czy jednak mam coś z głową ;-D