sobota, 5 maja 2018

Próbuję...

pomóc sobie w oswojeniu lęków. Przyszły niespodziewanie, jakoś w połowie lutego - w momencie, kiedy ogarniałam przyjazd grupy tureckich uczniów do naszej szkoły, kiedy szary dzień snuł się za oknem, a ja wypatrywałam słońca, kiedy przyroda spała, a świat wydawał się smutny. Najpierw napłynęły po cichu i nieśmiało, ale wiadomość o tym, że mam cukrzycę, otworzyła im drzwi do mojego serca i ciała. Wlazły z butami, rozsiadły się, jak u siebie i drążą mój mózg. Snują swoje wizje o możliwych, nadchodzących chorobach, które niechybnie dopadną moją rodzinę - wytykają paskudny pieprzyk na plecach Męża, wciąż bombardują wiadomościami o podwyższonym ciśnieniu i arytmii  jednego Bliźniaka i bardzo niskim drugiego (a raczej drugiej), wspominają mimochodem o możliwym zabiegu chirurgicznym Szymka. A moje serce drży, łzy cisną się do oczu, oblepiający strach każe siedzieć na kanapie i się nie ruszać. Gdzieś w międzyczasie podpowiadają mi, że moja cukrzyca NA PEWNO już wkrótce zakończy się koniecznością amputacji stopy z powodu nadchodzącej stopy cukrzycowej.
Najprostsza droga droga do psychiatryka, a w najlepszym przypadku do regularnego zażywania antydepresanatów.
Stwierdziłam, że mam dosyć. Że męczy mnie już brak radości z czegokolwiek, co do tej pory niosło radosne podniecenie, jasne spojrzenie w przyszłość. I zaczęłam szukać alternatywy dla ciągłego nurzania się w strachu, że coś złego spotka moich bliskich, a ja dokonam swego żywota po długiej chorobie i będę dalej cierpieć katusze, tym razem pośmiertne.
Na fali poszukiwań spokoju i ukojenia sięgnęłam po książkę, która już jakiś czas czekała na odkrycie. Dagmara Skalska, autorka książki "Pokochaj swoje serce", osoba, która przeżyła osobistą tragedię, powoli przeprowadza czytelnika przez kolejne etapy podróży do własnego serca. Pomaga je odnaleźć, zaufać jego podszeptom, odrzucając to, czego chce od nas nasze ego i wszechwiedzący rozum. Nie jest łatwo tak od razu zawierzyć i zaufać, ale czuję, że to dobra droga. I cieszę się, że mam ją przed sobą, choć chyba już na nią wstąpiłam, bo kamień z żołądka jakby nieco zrobił się lżejszy i dziś, w końcu, głośno się zaśmiałam :-)
Pani Dagmaro - dziękuję :-)

niedziela, 29 kwietnia 2018

W różach i fioletach...

dla młodych Dam. Plecako-worki, bo o nich mowa, szybko i łatwo się szyją. Podszewka i kieszonka w środku i można ruszać na wycieczkę. Za ozdobę robią małe, kwietne broszki w różnych odcieniach różu. Z braku Modelek wykorzystałam Modeli, których miałam pod ręką. Nie buntowali się ;-) 








 


czwartek, 26 kwietnia 2018

Ciekawe szycie...

to miejsce, z którym się zaprzyjaźniłam w styczniu.
Ku zdziwieniu wielu osób, które od lat słyszały ode mnie, że do maszyny to ja na pewno nie usiądę, (NIGDY !!!), w końcu dorosłam do podjęcia rzuconej rękawicy. Otóż zamarzyłam szyć.
Mikołaj podsłuchał i przyniósł mi pod choinkę talon na kurs w "Ciekawym szyciu". I w ten sposób zaczęła się moja przygoda z igłą i nitką (i całą resztą artefaktów) ;-)
Moje umiejętności są bardzo początkujące, ale uczę się, próbuję, szkolę. I tak tydzień temu spędziłam piątkową noc i sobotnie przedpołudnie na kolejnych kursach, znów w "Ciekawym szyciu", które właśnie inaugurowało działalność drugiego już domu.
Pierwszy wieczór to było tworzenie czegoś bardzo kobiecego, co miało sprzyjać wypoczynkowi. Atmosfera była bardzo klimatyczna i to właśnie w niej powstała moja własna maseczka na dobry sen :-)



Następnego dnia poszłyśmy w turystykę i końcowym efektem naszych starań stał się plecako-worek. Idealny dla Młodego na szkolne wyprawy - Właściciel zachwycony, Twórczyni również ;-)

Plecakowa przygoda trwa, ale o niej wkrótce ;-)

wtorek, 24 kwietnia 2018

A w szufladach...

czekają kolejne robótki. Zaczęte już jakiś czas temu, urozmaicają czas, co by monotonia się nie wkradła.
Najdłużej dzieje się poncho wg wzoru Iwony Eriksson "Flamensilk". Robię je z podwójnej lnianej nitki, w pięknym fiolecie. Nieco mnie przystopowały rzędy skrócone, ale kursy na zeszłorocznym Drutozlocie rozjaśniły w mej głowie to zagadnienie i robota ruszyła do przodu. Jest szansa, że tegoroczne, letnie wiatry będę obłaskawiać, otulona w to fiolet-cudo ;-)

Kolejne wyzwanie to chusta z prostego wzoru, znalezionego u Liloppi. Tam też zakupione wełenki - Luna i moher. Szarości i róż, to to, co lubię baaaaardzo ;-)

 No i oczywiście nie mogłam sobie darować i uodpornić się na wszechobecnego Virusa, więc szydełko też ma co robić, gdy znudzą mi się druty ;-) Wzór znaleziony dzięki Szkole Szydełkowania.
Wełna, to Swing z Liloppi, ciekawie przechodzące odcienie od różu po ciemny fiolet. 

A gdzieś tam jeszcze w cieniu stoi kołowrotek i czasami do głosu dochodzi maszyna do szycia, ale o tym nie dziś, bo kilka niespodzianek musi dotrzeć do nowych właścicieli ;-)

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Działam...

wciąż, bo przecież robótki, to obok podróży i książek, moja wielka pasja. Od dosyć długiego już czasu powróciłam do korzeni - moich rodzinnych - do drutów i szydełka. W moim rodzinnym domu, domach moich babć i ciotek te przybory były zawsze. Wełna, zdobywana, kupowana na drugim krańcu kraju, przywożona po cichu z Niemiec, wskakiwała na druty lub szydełko i kobiety z mojej rodziny tworzyły cudeńka.
Stąd też moje połączenie mentalne z pleceniem nici - tych grubych i całkiem cienkich. Niestety, moje skakanie z techniki na technikę spowodowało, że w dziale "Druty" mogę sobie wpisać wciąż początkująca ;-)
Dlatego spod moich rąk wychodzą proste formy - głównie chusty, szale, czasem jakieś poncho. Pokażę niedługo różności, które się obecnie tworzą - nieco z doskoku, bo "ufoków" mam kilka.
Ale ostatnio wkręciłam się w działania grupy "Chusty i szale razem dziergane", administrowaną przez Lioppi i Dagmarę ze Składu rękodzieła. Dziewczyny co pewien czas ogłaszają akcję wspólnego dziergania konkretnego wzoru chusty lub szala. Dzięki temu można otrzymać wsparcie, rozwianie wszelkich wątpliwości, porady odnośnie wełny i drutów. No i można czerpać radość ze wspólnego dziergania - w zaciszu domowym, a jednak w grupie. Jest to oczywiście akcja dla osób, którym nie przeszkadza, że gdzieś tam, w wielu miejscach kraju lub poza nim, powstają podobne udziergi, choć tak naprawdę każdy jest inny, bo każdy tworzy inna osoba :-)
No dobra - dosyć gadania. Czas na pierwszą odsłonę mojej Strzałki.
Chusta powstaje z wełny Liloppi Muffin - 100% akrylu. Dawno nie używałam akrylu, wolę naturalne wełny, ale z tej wełny robiła swoją chustę Kruliczyca, z kursu której korzystamy, więc stwierdziłam, że moja pierwsza powstanie dokładnie taka sama, jak wzór, a kolejne (bo na pewno sięgnę jeszcze po ten wzór) będę tworzyć z innych wełen. 
430 g, 3700 m - zapowiada się duża płachta ;-)




Nie mogę się już doczekać przejść kolorystycznych, które będą następować stopniowo. Dla tych, którzy nie znają tej wełny - składa się ona z trzech pasemek, w których kolory zmieniają się nie na raz, tylko pojedynczo w każdej nitce, stąd wrażenie melanżu i powolne przechodzenie z jednego koloru do drugiego. Na razie rządzi u mnie pomarańczowy, ale już wkrótce powinien pojawić się czerwony. Kolor mojej wełny to "Chińskie lampiony".







niedziela, 22 kwietnia 2018

Powrót...

Długo zastanawiałam się jakim wpisem wrócić tutaj i reaktywować mój blog. Dużo się dzieje, więc i wybrać ciężko. Ale stwierdziłam, że robótki, to coś, co zawsze zdążę wrzucić. A w ostatnim czasie moje życie zostało nieco przewrócone do góry nogami.
Otóż od miesiąca jestem "szczęśliwą"posiadaczką słodkiej przyjaciółki, której Cukrzyca na imię. Diagnoza zwaliła mnie z nóg, przeraziła, zburzyła pozorny spokój. Pozorny, bo na swoją chorobę pracowałam latami - siedząc na tyłku, obżerając do wypęku, nie dbając o ciało. Miałam więc świadomość, szczególnie, że moja rodzina jest obciążona cukrzycą, a ja w dwóch ciążach miałam cukrzycę ciążową, że i mnie to może kiedyś dopaść. No i się doczekałam - cukrzyca typu 2.
Diagnoza może nie wyrok, ale moja psychika legła w gruzach. Strach opanował ciało i umysł, a ja zaczęłam czytać, szukać informacji, chwytać się każdej nadrobniejszej, pozytywnej informacji.
Wprowadziłam znaczące zmiany w moim żywieniu - korzystam z książek z przepisami autorstwa Magdaleny Makarowskiej. Odżywiam się zdrowo - 5 posiłków dziennie, dużo warzyw, grube kasze. Zminimalizowałam ilość spożywanego cukru i białej mąki niemalże do zera. Jestem na tabletkach - 3 x 1 dziennie.
Nie bacząc na komentarze na cukrzycowych grupach na fb włączyłam wspomagacze naturalne - wyśmiewaną morwę, pokrzywę, babkę płesznik, ostropest, aloes. Stosuję wszystko regularnie, wg zaleceń. Do tego dwa razy dziennie - rano i wieczorem - ćwiczę krótkie sekwencje jogowe oraz medytuję. Staram się codziennie iść na spacer, nordic walking lub rower - minimum 45 minut.
Ot, codzienność przerażonego cukrzyka. Ale wyniki już od jakiegoś czasu mam książkowe, co cieszy najbardziej. Do tego -8 kg, a liczę na kolejną redukcję wagi.
I tylko ten nastrój i lęki - wciąż są, i mimo starań, nie odpuszczają. Ale liczę, że pogonię dranie i nie będę musiała sięgnąć po wspomaganie farmakologiczne.
Trzymajcie kciuki ! A jeśli ktoś ma swoje doświadczenia z cukrzycą, to piszcie w komentarzach. To, co się dzieje na grupach fb, które mają wspomagać takie osoby, jak ja, czasami bardzo smuci. Naigrywanie, wyśmiewanie. Zadałam kilka pytań w jednej grupie - pytania, które rodziły się we mnie na gorąco i na bieżąco - i usłyszałam, że powinnam poszukać dobrego diabetologa i dietetyka ;-) Tak więc podziękowałam, bo opiekę lekarską mam dobrą, tylko nie zawsze mogę zadać pytanie od razu.
No to sobie nieco posmutkowałam, ale z pozytywną myślą na przyszłość ;-)
Następnym razem będzie robótkowo :-)
A teraz tulę Was wszystkich, którzy tu wciąż zaglądacie :-)



czwartek, 1 czerwca 2017

Mam...

takie marzenie i chciałabym się dostać do finałowej 100 testerów w Katalogu Marzeń w ramach akcji "Chcę to przeżyć":
https://katalogmarzen.pl/pl/o/Skok-spadochronowy-w-tandemie-z-rejestracja-wideo

Myślę sobie, że taki skok dałby mi nowe spojrzenie na życie, na siebie, na to, w jakim momencie życia jestem.
Oglądam się wstecz, ot tylko po to, aby zobaczyć jak długą drogę przeszłam. I dochodzę do wniosku, że zaskakująco długą, szczególnie przez ostatni rok.
Dlatego chyba tak trochę w nagrodę, a trochę, co by dodać swej drodze polotu należy mi się, nie ? ;-)