I nie to, żeby poszła zeszła, tudzież zaniemogła mocno. Niestety, życie mnie lekko osaczyło, to codzienne, bo Małżowi wojaży się zachciało, i grzeje swą szanowną od końca stycznia w kraju odległym i gorącym.
A ja w pojedynkę próbuję ogarnąć chaziajstwo swe, pracę, dzieci - te większe i to mniejsze. No i czasu brak straszliwy. Praca też sporo ode mnie wymaga wysiłku i przygotowań, do tego blog klasowy prowadzę.
A czas gna, gna i gna....
Tak więc dziś krócituko, zajawkowo, bo mi ostatnio druty wpadły w ręce i zwój czegoś, co trudno nazwać włóczką, więc powiem ino, że to Zpagetti - pewnie wiele z Was wie o czym mówię.
I ot takie sobie torbiszcze udziałam
Mam jeszcze do niego pewne zarzuty - dwa konkretnie - połączenie na boku w następnej torbie zrobię na płasko, a dno zrobię oddzielnie, a nie szydełkiem, wyrabiając na gotowej już części górnej - mam nadzieję, że to da efekt bardziej zadowalający.
Torba wzbogaciła się już o podszewkę i już myślę, co by tu zrobić z włóczko-materiału, który jest całkowicie z odzysku poprodukcyjnego, i własnie pocięłam go w węższe pasy - może jakiś kosz powstanie na przydasie robótkowe :-)
Pozdrawiam Was, moje blogowe Koleżanki - mam nadzieję, że jeszcze będzieci chciały tu zaglądać, mimo, że tak się opuściłam wpisowo.








