a nawet kilku, kilkunastu lub wręcz kilkuset, jakbyśmy się postarali ;-)
W świetlicy mieliśmy inwazję papieru, własnoręcznie zrobionego, w ilościach niemal masowych.
Ale zacznijmy od początku...
Najpierw były gazety, które rwaliśmy...
rwaliśmy...
i rwaliśmy...
Potem dodaliśmy wrzątek, mąkę ziemniaczaną i tak powstałą pulpę moczyliśmy przez kilka dni.
Następnie przyszła pora na mikser i na robienie papieru właściwego.
Pierwszego dnia produkcja odbywała się na ramkach, wykonanych własnoręcznie przez dzieci (z nasza pomocą).
Kiedy okazało się, że naszej masy starczy na wyprodukowanie encyklopedii w tomach wielu lub dzieł zebranych nader płodnego pisarza, zmuszeni byliśmy wykorzystać prasę, wypożyczoną z pewnej zaprzyjaźnionej firmy.
Produkcja poszła znacznie szybciej, jeszcze tylko chwilka na wysuszenie i tak oto powstały kartki pod nasze obrazki i tajemnicze hieroglify ;-)
Zabawa była przednia, z zapachem masy po kilku dniach było troszkę gorzej, ale udało się salę wywietrzyć. No i jakby co, to zawsze jakieś zajęcie na dorobienie sobie do emerytury mam ;-)
bo było coś i dla duszy i dla ciała, a do tego w uroczym Trójmieście.
Najpierw odkryłam uroki podróżowania Polskim Busem i już lubię tą sieć - podróżuje się miło i wygodnie (no może tylko w drodze powrotnej panowie kierowcy oszczędzali na wentylacji zbyt mocno). Potem odwiedziłam moją rodzinkę pod Gdańskiem, zachwyciłam się , jak szybko rosną cudze dzieci, pobawiłam się w piasku i przyszło kolej na spotkanie z rodziną Woalki.
Było bardzo sympatycznie - przemiła atmosfera, cudne dzieciaki - Iga i Wiktorek
które zawładnęły mym sercem od razu, no i do tego dorosła część rodziny - Alu i Pawle - było mi bardzo miło gościć u Was i poznać Waszą cudną rodzinę.
Oczywiście nie obyło się bez wspólnego robótkowania do późna w nocy, i tak ja poznałam tajniki tworzenia czapki Poppy i ślimaczka z jego tajemniczym łańcuszkiem do wyprucia - mam nadzieję wszystkie nauki Ali wprowadzić w czyn i cieszyć się udanymi pracami :-), a Ala zmierzyła się, bardzo udanie z wyplataniem bransoletki - czekam na efekty.
Niedziela, to gdańska Starówka, spacer po mieście i wieczorny odpoczynek w miłym gronie :-)
W poniedziałek nastąpiła kulminacja zdarzeń - najpierw było morze
zbieranie muszelek
cudna tęcza po burzy nad morzem
odkrycie, jak wygląda Złota Rybka ;-)
spacer po sopockim molo
podziwianie kwiecia różnorakiego, no i ptactwa wodnego
aż wreszcie przyszła pora na gwóźdź wyjazdu.
Najpierw świetny support w postaci zespołu Naturally7
aż w końcu pojawił się On - Michael Buble.
Tłumy krzyczały, piszczały, klaskały, a on śpiewał, śpiewał, śpiewał,
w przerwach dyskutując z widownią.
Była i piosenka Home, i Me and Mrs Johnes, Cry me a river i wiele innych, a ja mogłabym tam siedzieć i słuchać długo, zdecydowanie dłużej, niż trwał koncert - podobnie, jak większość publiczności. Najbardziej wzruszyło mnie zakończenie - Song for you.
Po powrocie do domu stwierdziłam, że przyroda nie próżnowała i od rana zachwycam się zmianami, które zaszły w moim ogródku - chwastów nie pokazuję, bo rosną równie szybko, jak kwiatki ;-)
Pozdrawiam i gnam w odmęty domowe, co by się troszkę odkopać ;-)