wtorek, 12 sierpnia 2014

Gość...

pojawił się w naszej świadomości już wczoraj - słychać było go na zewnątrz. Buszował po okolicy, wydawał różne dźwięki. Ale byłam przekonana, że to gość do moich sąsiadów.
Jakież było moje zadziwienie, gdy po południu, po powrocie z zakupów moja rodzina przedstawiła mi takie oto cudo:








Kocio cudne, malutkie, ma około miesiąca i jest dziewczynką. Pan weterynarz przedstawił Jej stan, jako świetny. Za trzy dni odrobaczenie i inne zabiegi. A teraz dobre samopoczucie widać po Jej zachowaniu - odespała nocne stresy, a teraz skacze mi po meblach. 


Nie wiem co z Nią będzie - dałam znać na fb, że chciałabym znaleźć dla Niej dom z kochającymi Ją ludźmi. Ale szczerze powiem - serce mi się kraje, że ktoś zechce Ją od nas zabrać.
Ot, takie rozdwojenie - i chciałabym, i boję się. Bo czasu niewiele, bo częste wyjazdy, bo w domu pies niezbyt tolerujący konkurencję (Gaja z trudem przełyka obelgę, że Szymon jest od Niej ważniejszy, więc Kotka będzie musiała mocno walczyć o swoją pozycję).
A Kotka ma już imię - Fila. I mam nadzieję, że tak już zostanie :-)

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Suwalszczyzna...

to miejsce, na które powracam regularnie, wiele razy w roku, bo tutaj mieszkają moi Teściowie. Mimo to nie znam tu wielu miejsc, bo zawsze jest jakaś robota na miejscu i nie ma zbyt wiele czasu na zwiedzanie dalszej czy bliższej okolicy.
Jednak w tym roku miało być inaczej i było.

W sobotę ruszyliśmy na północny wschód – naszym celem był Puńsk i odbywający się tam Festiwal Baśni i Legend Pogranicza. Ale po drodze odwiedziliśmy gospodarstwo Szwajcarów, Państwa….., którzy od lat wyrabiają ekologicznie czyste sery krowie i kozie. Dalej ruszyliśmy do wioski Wodziki – miejsca, które zamieszkują (obecnie ponoć 6 rodzin) staroobrzędowcy. Lata temu przyjeżdżaliśmy to do bani – tradycyjnej sauny, w której stał kamienny piec, a na ławach leżały witki brzozowe do chłosty dla zdrowia. Z naszej bani zostało niewiele – łza się w oku zakręciła.
Naprzeciwko stara, rozwalająca się stodoła... 
Obok molenna – odmalowana, odświeżona, ale znów zamknięta – jeszcze nigdy nam się nie udało zwiedzić jej wewnątrz. 



Z Wodziłek skierowaliśmy się do Udziejek. Planowaliśmy kolejny postój w parku linowym, ale wcześniej zachwyciło nas obejście Gościńca Drumlin. Wiejskie zabudowania, kryte strzechą, dom lepiony z gliny, stoliki kawiarniane pod wiatą, pod którą można również oglądać zabytkowe sprzęty wiejskie.



A wewnątrz cuda – anioły ze słomy kukurydzianej, „marakasy” z tykwy, pięknie ozdabianej, laleczki z łupin tykwy, oczyszczonej od środka – raj dla mego oka, że o inspiracjach nie wspomnę ;-) No i do tego pyszna kawa – „Wspomnienie Drumlina”








Ruszamy dalej – do parku linowego „Twierdza Jaćwingów” w Udziejku. Mijamy piękne okolice, pejzaż polodowcowy rozpościera się daleko, jak okiem sięgnąć. Do tego niesamowicie wyglądające pola koniczyny.


Po paru minutach trafiamy na miejsce. Tatuś po stoczonej wewnętrznej walce decyduje się na spacer z synkiem i moi dwaj panowie, po wstępnym szkoleniu, ruszają na szlak. Trasa niedługa, ale jednak wymaga siły, równowagi i odwagi – moi Panowie spisują się na medal, a mnie duma rozpiera.








Pora na ostatni punkt programu, tj. Puńsk – polska „stolica” Litwinów. Tutaj ma miejsce Festiwal Baśni i Legend Pogranicza – świetna impreza dla rodzin z dziećmi. Trochę magii, trochę baśni, mnóstwo zabawy i nauki – namiot muzyczny, Koszałka Opałka, wyrób świec, prace plastyczne, rękodzieło, pyszne litewskie sery i kwas chlebowy. A wszystko to w otoczeniu pięknej architektury i zabytkowych chat z wyposażeniem, pamiętającym początki wieku XX.







Do domu wróciliśmy pełni wrażeń, objuczeni zakupami regionalnymi (w przeważającej części sery – szwajcarskie i litewskie) no i dwie pary cudnych rękawic. Jedne, tradycyjne z żakardowym wzorem (dla mła), 

a drugie, bardziej eleganckie dla Córci mej - na razie Córcia jeszcze swoich nie dostała, więc sza :-)

piątek, 8 sierpnia 2014

O żesz...

kurczaczki. Prawie 4 miesiące mnie tu nie było.
I nie to, żeby poszła zeszła, tudzież zaniemogła mocno. Niestety, życie mnie lekko osaczyło, to codzienne, bo Małżowi wojaży się zachciało, i grzeje swą szanowną od końca stycznia w kraju odległym i gorącym.
A ja w pojedynkę próbuję ogarnąć chaziajstwo swe, pracę, dzieci - te większe i to mniejsze. No i czasu brak straszliwy. Praca też sporo ode mnie wymaga wysiłku i przygotowań, do tego blog klasowy prowadzę.
A czas gna, gna i gna....
Tak więc dziś krócituko, zajawkowo, bo mi ostatnio druty wpadły w ręce i zwój czegoś, co trudno nazwać włóczką, więc powiem ino, że to Zpagetti - pewnie wiele z Was wie o czym mówię.
I ot takie sobie torbiszcze udziałam


Mam jeszcze do niego pewne zarzuty - dwa konkretnie - połączenie na boku w następnej torbie zrobię na płasko, a dno zrobię oddzielnie, a nie szydełkiem, wyrabiając na gotowej już części górnej - mam nadzieję, że to da efekt bardziej zadowalający.
Torba wzbogaciła się już o podszewkę i już myślę, co by tu zrobić z włóczko-materiału, który jest całkowicie z odzysku poprodukcyjnego, i własnie pocięłam go w węższe pasy - może jakiś kosz powstanie na przydasie robótkowe :-)

Pozdrawiam Was, moje blogowe Koleżanki - mam nadzieję, że jeszcze będzieci chciały tu zaglądać, mimo, że tak się opuściłam wpisowo.